pochmurnej
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Layout credits
Kategorie: Wszystkie | ad maiorem... | ja-moje-mnie-o-mnie
RSS
wtorek, 27 listopada 2007
moo-mi-fiksacja

My private hive, my moments of beeing.

Jeśli masz ochotę mnie odwiedzić, to odwiedź.

Powodem przeprowadzki jest to, że wolę mieć bloga u siebie i robić, co mi się podoba, pisać w każdym poście na dowolny temat i nie być z tego powodu wrzucana do worka "szumu informacyjnego", którego częścią się nie czuję. Nie mam też wątpliwej ambicji być częścią jakiegokowieka zrzeszenia czy organizacji, jeśli przynależność ma być okupiona zasadą ograniczenia wolności, sformułowaną w dodatku na tyle przewrotnie, że staje się ona ambicją blogosfery. Ambicją, dodam, wywodzącą się jeszcze ze szkolnictwa podstawowego, kiedy to "pisanie na temat" było nagradzane lepszym stopniem. Ze szkołą nigdy nie miałam kłopotów, przeciwnie; wyrosłam jednak z robienia czegokolwiek pod dyktando. Moje dobre samopoczucie nie zależy już, w stopniu takim jak w dzieciństwie, od nagrody. Jestem więc w stanie pisać bloga, kiedy mi przyjdzie na to ochota i nie pisać, kiedy jestem zajęta istnieniem w realu. Nie powiem, że uwaga ze strony innych nie jest mi potrzebna, bo jest. Ale właściwie czyja uwaga? Ludzi, z którymi łączy mnie tylko pisanie bloga na konkretnym portalu? Nie mam jednak pomysłu na specjalizację tematyczną i nawet się nie zastanawiałam, co by to mogło być. Blog dla mnie jest chwilą relaksu, tak samo jak papierowy pamiętnik, który prowadzę i w którym piszę to, czego nie napisałabym w blogu. Mój blog jest dla mnie uroczą broszką wygraną w wesołym miasteczku gdy miałam 5 lat, ozdobą którą wybieram z pudełka marzeń, kiedy mam do tego nastrój. Nie jest i nie będzie symbolem na łańcuszku, który wisi na szyi całą dobę jako znak tego, kim jestem, aby każdy widział, kim jestem. A może abym sama pamiętała kim jestem, i że bez tego -- nie jestem? Po wielu latach takiego przyzwyczajenia nawet się nie czuje na skórze. I tylko czasem nagle uświadamiasz sobie w lustrze, że ono tam jest. Czasem jesteś. Dlatego właśnie idea bloga na jeden temat wydaje mi się psychologiczną pułapką: jestem, bo piszę w Internecie i "wszyscy czytają". Mam głos, który "wszyscy słyszą". Jest to przerost formy, przerost neurotycznej ambicji, by zaistnieć, ZAISTNIEĆ, Z A I S T N I E Ć. Jestem tym bardziej, im bardziej mnie widać. A jeśli mnie nie widać, to nie istnieję, nie ma mnie. Nie, to nie jest moja filozofia. Przypominają mi się hasła, jakimi byliśmy bombardowani przy okazji referendum unijnego: wejdźmy do Europy! Od kiedy po raz pierwszy usłyszałam od ojca, że Polska jest w Europie, a było to jeszcze zanim zaczęłam czytać, fakt ten był dla mnie oczywisty i kwestionowanie go byłoby raczej śmiesznością. (Pomińmy argumentację prawno-gospodarczą, bo jest mocno na wyrost, co realia wciąż potwierdzają). Tak więc świadoma swego istnienia i jego wieloistości, zadowolona i dumna z takiego istnienia, nie potrzebuję jego publicznego potwierdzenia w postaci wypielęgnowanej pacynki internetowej, która dla mnie zdobywa laury popularności, bo piszę o kolekcji znaczków mojego stryjecznego dziadka, tradycji sklepów Społem ziemi wieluńskiej, rodzajach kirgiskich wódek, podwórkach Suwalszczyzny, kotach z Barrow Creek, majtkach firm lapońskich, genomie rurkoczułkowców albo walutach narodów bezpaństwowościowych późnego plejstocenu. No i sprawa ostatnia, moje zainteresowania. Przede wszystkim: są. Dlatego nie potrzebuję zastępczych atrap w rodzaju tych, które "odkrywają światy nieznane, które wszystkich by interesowały, gdyby miały lepsze PR". To jest dla mnie tworzenie popytu na duperele. Na miałkość. Atomizację. Duperele to jest wata istnienia, to jest coś, od czego uciekam w zainteresowania. Moje zainteresowania są w nieustającej budowie i przemianie. Nie są "alternatywne". Są awangardowe. Tak, mogę je tak nazwać, szczególnie kiedy widzę, jakie "zainteresowania są teraz na topie". Aby pielęgnować własne, potrzebuję zastanowienia, potrzebuję bycia z dala od zgiełku, potrzebuję spokoju. Wyłączam wtedy komputer i jestem w ciszy sama ze swoimi myślami. Nie boję się tego. Lubię ciszę. Posiadanie zainteresowań na potrzeby pisania jakiegoś bloga czy strony domowej to jest raczej przepoczwarczenie się w pulsujący neon: "Tu jestem! tu jestem!! temat środków homeopatycznych ostatniej dynastii faraonów jest tym, co ciebie też INTERESUJE! czytaj tego bloga!!! ten blog jest bardzo interesujący!!! głosuj za wolną uprawą wiesiołka syberyjskiego bo jest to sprawa wielkiej wagi, gdy jesz właśnie kotlet z ziemniakiem europejskim i chcesz się zrelaksować w Internecie!!!". Forma autonominacji społecznej "i ja zostanę specjalistą" dla mas -- kolejna nisza rozrywkowa, stworzona przez media pod hasłem wyjścia z tłumu i wydobycia się z szumu dzięki rzekomo konkretnej rzekomo wiedzy. Czy na pewno wszyscy wiemy, dlaczego misie cyrkowe same "chcą" tańczyć po wejściu na scenę? Wolę sobie szumieć jak strumyczek, niż być zasraną rzeką.

Mumifikację blogiego nastroju uważam niniejszym za rozpoczętą.

piątek, 07 września 2007
Jak Bóg przykazał?

Gdybym zapomniała o swojej niewiedzy, mogłabym być odważna. Mogłabym bezczelnie realizować swoje marzenia nawet nie podejrzewając, że jestem w tym śmieszna. Mogłabym żyć jak egzotyczny altannik albo kolorowy rajski ptak, i każde piórko zakrzywione w inną stronę niż u sąsiada, usprawiedliwiałoby moje najbardziej nawet beznadziejne wysiłki. Po prostu robiłabym swoje, w przekonaniu, że jestem wyjątkowa. Jakie miałoby znaczenie, że wszyscy wokół robią to samo, a wszystkich różni tylko jedno piórko, jeden odcień i jeden ton?

To nic, że nie jesteś chartem. Musisz być koniem, albo czeka cię życie w budzie i na łańcuchu. Musisz rozepchnąć swój garnitur i nadać mu kolor. To jest wolność, czy zniewolenie?

Masz klapki na oczach. To znak, że jesteś arabem czy może ciągniesz za sobą pociąg (do wszystkiego, czym nie jesteś)?

Jak żyć ze świadomością świata, któremu wydaje się, że bycie dość dobrym oznacza bycie wystarczająco dobrym?

Kiedy płynie się w ścieku, głowę należy mieć nad powierzchnią czy lepiej zanurzyć?

czwartek, 02 sierpnia 2007
Samo się oderwało

Samowystarczalność, samodzielność i samotność. Te słowa mogłyby być synonimami. Jeśli okoliczności sprzyjają, to na starość przychodzą do nas właśnie te trzy siostry, jak Mojry Hezjoda, każda ze swoim narzędziem zbrodni. Kloto-Samotność całe życie przypomina ci, że chociaż nie jesteś sam jak palec (człowieku: kobieto, mążczyzno) i masz kogoś bliskiego, a przy odrobinie szczęścia nawet całą rodzinę, ba, jeśli los cię rozpieszcza, to i przyjaciół -- otóż owa Kloto, chociaż pozwala ci zapominać o samotności, kiedy masz komu ugotować i kiedy masz kogoś, kto z tobą zapłacze, to jednak skraca ci tę twoją marną-wspaniałą nitkę jak postronek w chwilach, kiedy jesteś sam i nikt cię nie broni przed twoimi myślami. Lachezis-Samodzielność wydziela ci twoją własną nitkę tak, abyś wiedział, że samodzielnie możesz zrobić tylko kupę, i to także tylko wtedy, kiedy twoje ciało ci na to pozwala. Atropos-Samowystarczalość, siostrzyczka niemiłosierdzia, uczy cię w końcu, w twojej ostatniej godzinie, że nawet w umieraniu nie jesteś samowystarczalny: aby godnie umrzeć, potrzebne ci co najmniej środki przeciwbólowe, których sam sobie nie weźmiesz. Siostrzyczka ta uświadomi ci, że ktoś musi ci podać rurki z tlenem, bez którego będziesz umierać charcząc i tocząc pianę, zwiększając tym swoją samotność a zmniejszając godność. Albo umrzesz cicho. Tak cicho, że nikt nawet tego nie zauważy. Lepiej więc przygotuj się, że w tej ostatniej godzinie musisz mieć bardzo dużo siły na wołanie o pomoc, o leki i tlen. Jaka to więc samowystarczalność? Rośliny są samowystarczalne, co zresztą też jest tylko połową prawdy, bo potrzebują zapylaczy, chociażby wiatru. Ale one mają światu coś do zaoferowania, coś, czego świat pożąda. A co masz ty? Czy istnieje godne życie i godne umieranie? Albo coś tak abstrakcyjnego jak godność? Mowi się, że o nią trzeba ciągle walczyć ze światem, a nawet ze sobą samym. Nie podają jednak nigdzie w żadnych wiadomościach, aby ktokolwiek żywy zwyciężył w tej walce. Może wiedział coś o tym Don Kichot z la Manchy, zapytać by trzeba wiatraków.

czwartek, 19 lipca 2007
Blogi nastrój

Przytulam się do tego tiszertu z wczoraj. Pachnie uśmiechem, serdecznymi słowami, tuleniem, głaskaniem, myzianiem śpiącej głowy, rozśmieszaniem naburmuszonej miny. I jest mi lżej, jakbyś mnie znowu wziął na ręce. Twój zapach głaszcze moje nerwy i one przestają się jeżyć, chowają zęby. Przez sen myślałam, że ktoś próbuje mi zabrać moją wspaniałą kość. A to ty poprawiłeś mi kocyk. Machnięcie ogonem i dalej mogę spać. Chowam nos w fałdy jakiejś matczynej miękkości. Ciepło. Teraz wszystko przetrwam.

niedziela, 22 kwietnia 2007
M jak masochizm

Tekst ten będzie o czymś, bez czego niejednemu człowiekowi trudno żyć. Zanim przejdę do sedna sprawy, określę adresata poniższego tekstu, co wydaje mi się, po krótkim namyśle, właściwym krokiem w tym tunelu bez światełka. Otóż słowa te kieruję do kobiet i do mężczyzn, bez względu na płeć, do ludzi w rzeczy samej. Do kobiet, bo to one doradzają mężczyznom wybór miejsca i gadżetów, czasem nawet wybierają bez pytania. I do mężczyzn, po pierwsze z tego samego powodu, po drugie -- aby mieli na uwadze przyszłe pokolenia, jakich się ewentualnie razem z partnerkami dopuszczą.

Zacznijmy wreszcie!

Szczęśliwy posiadaczu M4 i innych metraży! Jeśli jesteś szczęśliwy, to nie musisz czytać tego tekstu. A jeśli jesteś nieszczęśliwym posiadaczem i masz jeszcze kredyt na głowie, to lepiej dla ciebie, jak nie przeczytasz. Albo zażyj bromu. Szczęśliwy zatem nieposiadaczu! Jeśli lubisz słońce, lubisz się wylegiwać w jego ciepełku i blasku, lubisz, jak ci ogrzewa twarz, lubisz lato, wolisz upał od mrozu, cieszą cię leniwe i nastrojowe popołudnia przy gwarze ptaków chroniących się w koronach drzew, i jeśli to wszystko sprawia, że czujesz się lepiej, jest ci łatwiej o uśmiech i dobry humor, o energię do działania -- NIGDY, pamiętaj: N I G D Y nie wybieraj miejsca do mieszkania, w którym NIGDY nie ma słońca (albo tylko wiosną wczesnym rankiem, kilkanaście minut, czy też latem od 8 do 9 rano lub o równie śmiesznej porze). Niech cię nie zwiedzie "mieszkanie jasne, chociaż nienasłonecznione" albo "mieszkanie jest jasne, ale słońce nie operuje tu bezpośrednio, więc nie jest gorąco". Powtórzmy: jeśli lubisz słońce, uciekaj od takich miejsc. Nie da się w nich żyć normalnie. W chłodnej i zimnej porze roku miejsce takie jest po prostu ciemne. Wiosną zaś i latem słońce możesz oglądać w telewizji (lub w wyobraźni albo książce, jeśli ci się w ogóle jeszcze chce marzyć w takim miejscu). Z okna też możesz -- jeśli masz szczęście nie mieszkać w budynku z podwórkiem (a nie masz szczęścia, inaczej nie czytałbyś tego). W dodatku od podwórka, gdzie jedynym widokiem będzie marna* dawka zieleniny, w której nawet wróble nie chcą ćwierkać. Słońce możesz też widywać, przy braku rozwagi w wyborze mieszkania, na ścianach budynków naprzeciwko albo nawet wyłącznie na niewielkim fragmencie nieba (błękitna albo szara przestrzeń nad tobą, widoczna, jeśli w ogóle chce ci się jeszcze patrzeć w górę). Przy wyjątkowym zaś braku w wyborze rozwagi, słońca nie zobaczysz w swoim domu nigdy, za to z okna będziesz mieć piękny, woniejący widok na altankę śmietnikową**, jak to się przeuroczo nazywa. Powtórzę: jeśli lubisz prawdziwą wygodę, unikaj mieszkań na jedną stronę, szczególnie jeśli jest to strona od ciemnego podwórka (albo podwórko bywa jasne, tylko niestety nie w twoim rogu budynku). W takim miejscu nie bedzie nie tylko słońca, ale też wiatru, co -- jak sobie łatwo wyobrazić, utrudni ci możliwości wietrzenia (mieszkanie będzie wtedy dodatkowo nazwane zacisznym). Ma to poważne konsekwencje szczególnie zimą: mieszkanie prędzej wyziębisz, niż wywietrzysz. Żyjąc w ciemnej norze, nie bójmy się tego nazwać, ostatecznie można też wychodzić na klatkę schodową, koczując po słonecznej stronie z książką czy laptopem (w wersji dla maksymalistów również z kolorowym czasopismem na temat wystroju wnętrz pod siedzeniem, a w wersji dla desperatów -- z termosem herbaty i wiatrówką). Dlaczego nie proponuję wyjścia na ławeczkę? Bo albo nie wytrzymasz drących mordę naszych kochanych milusińskich, albo cierpliwość twoją wystawi na próbę dzielna matka, ostrym tonem subtelnie zwracająca ci uwagę, że nie powinieneś palić papierosa przy jej dziecku. Będąc szczęśliwym posiadaczem antymieszkania, wkrótce zrozumiesz koty i ich uwielbienie dla wszelkich, najmniejszych nawet słonecznych plam, szczególnie oczywisćie tych niedostępnych dla całej reszty świata ożywionego. Pozytywnie zaskoczy cię twój zupełny brak odruchu zamykania oczu, kiedy słońce świeci prosto w twarz; przyjmiesz to nawet z radością, a twój kot od niechcenia spojrzy na ciebie z uznaniem, bo nawet on tak nie potrafi. Zrozumiesz też ludzi z depresją sezonową, a nawet wielbicieli upałów. Co do lata i wysokich temperatur: nie oczekuj, że w tej jaskini trolla nie będzie gorąco. Otóż zaskoczy cię to boleśnie, ale będzie. I to bynajmniej nie w wyniku wojny światów ani walki o pierścień. Kiedy na dworze masz 28 stopni, w domowym zaciszu będziesz mieć chłodek, raptem jakieś 26, oczywiście przy zamkniętych oknach. I niech wszelki duch broni przed ich otwieraniem, chyba że za kwotę czynszu chcesz sobie urządzić Afrykę Last Minute. Takich wakacji nie przeżyjesz (albo z trudem) oczywiście w domu z prawdziwej ciężkiej czerwonej cegły, dziś już za drogiej czyli nieopłacalnej w masowym budownictwie. Tak, tak, nie chodzi tu o czerwono zabarwioną nowoczesną "lekką cegłę" zbliżoną we właściwościach termo- i dźwiękoizolacyjnych do zwyczajnego pustaka. Obojętne co o tym powie ekspert, a będzie zachwalał, bo mu za to płacą. Najważniejsza jest opinia mieszkańca takiego przybytku. Moją właśnie wyraziłam.

*wiecznie marna -- tak jak wiecznie zielona. Jest to nowy typ formacji roślinnej polskich nowoczesnych blokowisk, których skupienie wszystkiego na wszystkim i wszystkich na wszystkich dawno już zaczęło przekraczać granicę nawet w Japonii uważaną za nie do przyjęcia, a które to skupienie wymusza na projektantach sadzenie wyłącznie małych gatunków roślin o całkowicie przewidywalnym pokroju ostatecznym. Drugą konsekwencją jest ogradzanie nawet najmniejszych skrawków zieleni -- w obawie przed staranowaniem jej przez ratlerki albo dzieci do lat 6. Oczywiście osobniki pieskie większego pokroju z przyjemnością przeskakują płotki, aby ozdobić wypieszczony trawniczek luksusowo lśniącym i rozmiarowo dorodnym produktem -- czego byłam świadkiem, na szczęście jedynym, co pozwoliło psu załatwić palącą potrzebę bezstresowo.

**Co ciekawe, doświadczyłam ostatnio czegoś całkowicie przeciwnego i w tej skrajności -- niezwykłego. Otóż miałam okazję wejść do śmietnika na jednym z podwórek starego budownictwa w jednej z szacownych warszawskich dzielnic. Zdzwiwilibyście się, gdybym napisała, że śmietnik ten był schludny i zadbany: ani śladu brudnych plam na ziemi a kontenery czyste. I rzecz najważniejsza: ani śladu smrodu! Proszę wybaczyć niecenzuralne słownictwo spoza sterylnego świata, lecz co jest obecnie przeciwieństwem przyjemnego zapachu? Brak_odświeżacza? Dlaczego, powtórzę gdy emocje już opadły jak po wielkiej bitwie kurz, nie ma smrodu? Bo istnieje osoba odpowiedzialna za czystość śmietnika. Nie zajmuje się tym wyłącznie brygada panów w kolorowych uniformach, których zadanie polega na trafieniu odpadami do wnętrza śmierciarki i pozostawieniu reszty, aby sobie dogniwała w zaciszu romantycznie ocienionej tarasikiem altanki.

Pi.eS. Acha, szanowny czytelniku. Jeśli chcesz żyć w normalnych, ludzkich warunkach, a nie jak trzoda w chlewiku (a tak się żyje w mieszkaniu z oknami na jedną stronę, gdzie nie ma dokąd uciec od niechcianych dźwięków), najlepiej kup szmat ziemi, ogrodź ją wysokim murem (pamiętając o dziurkach dla jeży, żab i innych żuczków) a na środku postaw dom, którego ściany i okna wycisz, tak aby z pobliskich blokowisk (luksusowych apartamentowców) podbite basy dochodzące od sąsiadów nie przeszkadzały twoim gościom w party a tobie w spokoju.

 
1 , 2